Życie jest zabawne jeśli tylko przestać się nad nim zastanawiać.
RSS
piątek, 24 maja 2013

 

Mąmer natrafił w internecie na taką oto informację:

Pani XXX YYY, dr hab., autorka wielu publikacji, wygłosi odczyt na temat  (nie pamiętam jaki, ale to nie jest istotne).

Przypadkiem Pani dr hab. nazywała się tak, jak ja - zanim Mąmer został moim Mąmerem.

 

Co mi nasunęło od razu myśl taką, że gdybym nie wyszła za mąż i za dzieci, to jednak bym ten doktorat zrobiła. Prawdopodobnie miałabym kota imieniem Cezar (chociaż biorąc pod uwagę kocią naturę to raczej Brutus) i tyle książek do towarzystwa, ile tylko by się dało upchnąć. Robiłabym odczyty, wykladała na uczelniach, oblewała studentów za niedostateczną znajomość zawiłości greckich gramatyk albo taktyk wojskowych.

 

 

I se też pomyślałam, że PRZECIEŻ już dwie pozycie wydałam jednak na świat. 


Jedno moje arcydzieło, jak to z pierwszą książką bywa, jest trochę nieśmiałe, trochę zwariowane, napakowane po same okładki światem starożytnym, muzyką rockową i ogólnie pojętym tumiwisizmem w stosunku do świata.

 

Druga pozycja jest już inna. Po dość udanym debiucie, nadszedł czas na dzieło szalone bez miary, przebojowe, dumne i kobiece po sam różowy frędzelek na krańcu zakladki. 

 

Cały czas w te moje dzieła wkładam swoje buntownicze treści, uzupełniam je, koryguję, cyzeluję. Obserwuję, jak zapełniają się ich karty - pisane drobnym maczkiem recenzje dziecięcego świata, który w ich małych głowach nadal jest szczęśliwą wyspą, pełną lodów calipso, piachu w kieszeniach i wycieczek rowerowych (dookoła bloku:P).

 

 

Może kiedyś rzeczywiście spiszę te swoje siedem miliardów pomysłów i wydam. Może przetłumaczę dalej zaczętego lata temu Plutarcha i zyskam swoje DR przed nazwiskiem. A może NIE.

 

Ale coś fajnego już w życiu zrobiłam. 

 


Ty na pewno też, tylko musisz pomyśleć co to jest i dobrze sobie to zakodować. :) 

 

 

wtorek, 21 maja 2013

 

Drogie Brawo.

 

W niedzielę było cudnie. Po całym tygodniu pracy normalnej i sobotniej pracy dodatkowej, czternastogodzinnej, zakończonej powrotem w strugach jakiegoś nie-wiem-czego (bo nawałnica użyte w tym kontekście brzmi zupełnie jak szprotka na określenie rekina ludojada), niedziela zaiste boska.

Boska podwójnie, bo nie dość, że niepracująca, to jeszcze Starszy z młodszych w naszej komórce rodzinnej odbywał rytuał awansu z dzieciaka na starszaka, w gwarze lokalnej zwanej komunią.

Obserwacje z wydarzenia mam nader ciekawe.

 

Zanika na przykład bardzo dobry zwyczaj noszenia rajstop. Ciepło było i owszem, ale bez przesady. Celulit pozimowy to jednak nie jest widok z Top10 porządanych i na przyszłość uprasza się niektóre panie zarówno o rajstopy (są takie cienkie w sprzedaży, prawie ich nie widać - serio!) jak i o wydłużenie kiecki jednak do kolana co najmniej. Panie z celulitem na łydkach zostają w domu.

 

Ponadto jak się jest panem i się zakłada marynarkę, i ta marynarka ma poduszki z ramion w okolicach łokci, łokcie przy nadgarstkach a potem jeszcze siedemnaście cm zapasu, to uwaga! Marynarka. Jest. Za. Duża. Naprawdę. Odddać słoniowi na namiot zimowy i kupić mniejszą. Polecam.

 

Efekt Majkela Dżeksona też sobie darujmy. Czarny gajer, czarne buty, czarne skarpetki - nie białe. U pań odwrotnie, z tymi czarnymi skarpetkami uważać, bo też może różnie wyjść:

 

hit lata 2013

 

 

Bardzo dobrze jest za to mieć w torebce podręczną maskę przeciwgazową, bo jak czasem ksiundz kadzidłem przyfasoli, to można omdlewając przyjrzeć się bliżej cudnej, kościelnej posadzce. Naprawdę będę propagować, bo to na razie jeszcze nie weszło do standardów wyposażenia okołokoscielnego. Zupełnie odwrotnie do szminek, lusterek, komórek, duperelek.

 

ma komunie moja córa

 

No. 

Normalnie taka komunia to super sprawa. Blogerstwo modowe przy tym leży i kwiczy. Następnym razem będzie więcej okazów, pramys. (przy okazji następnej komunii rzecz jasna, czyli na oko za 4 lata)


piątek, 17 maja 2013

 

Cierpię.

Cierpię, bo tydzień był zły. Bo ludzie to podłe są, się nie szanujo nawzajem, się na wartości pracy człowieka nie znajo. 

A jak takie to wszystko wredne, to ja się bardzo denerwuję, bo przecież powinnam mieć monopol na wredność. A w dodatku mam ubranie na komunię w niedzielę przyciasne (a schudnąć nie zdążę)(przez 10 lat mi się nie udało, to co dopiero do niedzieli...) i kiepsko jest. 

 

I tyram, jako ten Syzyf. Toczę głazik i toczę. On się wysmykuje i siuuup, truchcikiem na samo dno i tak od nowa. No nic.

 

Sprytny Syzyf wymyślił, że se ułatwi robotę i wpisze na komputer takie czary-mary, co to same różne rzeczy robią, szczególnie w kwestii cyferek. Bo jak Syzyf JEDEN głaz toczy, to z liczeniem u niego różnie.

 

Programik super. Recenzje na necie - piejo z zachwytu. Full wypas, full service, prawie że kawę robi, kserograf konserwuje i i trampek poleruje za jedną razą. Instalujem.

 

A programik co? Programik zrobił FATAL SYSTEM ERROR i pryknął w zachwycie.

Fatal System Error pożarł mi:

Jeden milion danych,

Drugi milion danych,

Trzeci milion danych,

Czwarty milion danych,

Piąty milion danych,

oraz Szósty i Siódmy też.

 

Pierwsze trzy miliony, swym sprytem i mózgiem wróżącym, mam gdzieś spisane w tajemniczych technologiach. Pozostałe miliony potrzebuję na tu, teraz i wczoraj. Nie wspominając, że potrzebuję także komputera, który zawiera sam SYSTEM. Koledzy FATAL oraz ERROR nie są mile widziani. Mówiłam mu milion razy, że ma się z byle kim nie bawić, a on nic.

 

Nadworny Informatyk wstał z piejącym kurem i wspomagany każdym legalnym źródłem energii duma, czy przecinamy kabelek zielony czy czerwony. Jak mu się nie powiedzie, to katastrofis totalis planujemy za równe 24h. Akurat wtedy, gdy skończę trawić zjedzone z wrażenia paznokcie.

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 226
stat4u