|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Linki i Sznurki
|
sobota, 28 stycznia 2012
Mein Gott, umieram ze wzruszenia, bo to pierwszy raz, kiedy ktoś mię zaprosił do zabawy blogowej i nie mogę powstrzymać potoku łez poruszenia emocjonalnego. To, że Młody zaprosił na urodziny dychę kolegów i dopiero co zamknęłam drzwi za ostatnim (chwila jezd chwila, ... i ciiichosza!), też sprawia, że płaczę, ale jednak oddzielmy jedno od drugiego. To jadymy.
ZASADY ZABAWY: *kilka, czyli ile?
Primo:
Six feet under
Odkrycie sezonu. Znaczy się gdzieś tam, w prehistorii. Czarny (dosłownie) humor nt. mieszkańców domu pogrzebowego, potwornie życiowy, realistyczny i bezczelny. Skurwysyński do bólu. Plus - ma kilka sezonów i się kończy. Na końcu się płacze.
Secundo:
Mike&Molly
Odkrycie sezonu namber tu. Para potwornych grubasów, Chicago (gdzie miałam mieszkać) i salwy śmiechu. W sam raz dla mnie.
Tertio:
Prison Break
Odkryłam z opóźnieniem, tak ogromnym, że serial on-line oglądałam ciurkiem nie czekając na nowości, bo tyle byłam do tyłu. Emocje, emocja, emocje! I super mega przystojny główny bohater (mrrrrrrr ;) (potem mega przytył i zbrzydł, więc małżeństwo mam niezagrożone ;))
Quarto:
Rzym
Będąc na Wyspach drugi sezon obejrzałam w 1 weekend gnijąc ciurkiem przy laptoku. Na sezon pierwszy nie miałam wolnego weekendu, ale i tak się zapatrywałam w tą starożytną zgniliznę moralno - obyczajową. BTW z tej perspektywy narzekanie na "dzisiejszą młodzież" nie ma najmniejszego sensu.
Quinto:
Misfits
O bogowie. Jak nie przepadam za serialami, gdzie są ukryte moce, pani potrafi lewitować, a pan ma opanowaną telekinezę, tak w tym zakochałam się bez pamięci. Ponadto jest to serial, który ma koniec, a to też się liczy, bo trzyma klasę i się nie ciągnie jak smród po gaciach. Chociaż chlipię z rozpaczy czasem po nocach, że to już po wszystkim, ale se kiedyś odświeżę z przyjemnością. Rozważam także ustawienie sobie piosenki z czołówki jako dzwonka w telefonie, ale na razie nic nie zdeklasowało kawałka z Mody na Sukces. Errata: dobrze poinformowane źródła donoszą, iż będzie kontynuacja serii w postaci porcji numer 4 oraz być może także 5. Jupi!
Sexto:
House
Jako człowiek będący do tyłu, odkryłam hałsa po powrocie z wysep, kiedy to leciał u rodziców w telewizorze na dwójce po dwudziestej drugiej. Niestety, mimo tendencyjności, czekam nadal z wypiekami na nowości.
Septimo:
Big Bang Theory
To jest genialność sama w sobie. Banda kujonów i piękna panna sprawiają, że w okolicach premiery nowego odcinka przebieram nóżkami z niecierpliwości. Stąd wiem, o co kaman z kotem Schrödingera (pani od fizyki byłaby dumna) i planuję se zrobić breloczek z wizerunkiem Sheldona oraz chociaż prywatnie aktor główny jest gejem, to go kocham miłością wielką (platoniczną).
Octavo:
Desperate Houswives
Niestety. Bardzo mi przykro, ale gust mam plebejski i tasiemce w tym stylu też mię bawią. Sorry.
Nono:
Pan wzywał, Milordzie?
To zaś jest przypomnienie szczenięcych lat, odkryte na nowo niedawno. Przekopałam ostatnio wszystkie sezony i ubolewam nad tym, że będę musiała poczekać kilka lat, aż znów będę spokojnie mogła całość łyknąć od nowa. Z resztą jest to jeden z wielu głupawych (nie ukrywajmy) brytyjskich seriali, które kocham miłością wieczną. W kanonie tego stoi też Allo, Allo oraz Bukietowa.
Tak na szybko to będzie tyle. Do zabawy zaprosiła mię zaszczyconą wielce: Fidrygauka Ja zapraszam: Dubranos mili Państwo :) Miłego oglądania ;)
czwartek, 26 stycznia 2012
A nie mówiłam? Mówiłam. Rząd sobie bimba dokładnie. Gra wszystkim na nosie i robi swoje. A jak się ludziom chce marnować energię na grupowe spacery po błocku i mrozie, to proszę bardzo. Co z tego, jeśli spacer obejmuje, dajmy na to - no, z 15k głów w czapkach. Szwendanie się po mieście w dalszym ciągu nie jest zabronione prawnie. A jak zanadto będą się awanturować, to pousuwamy i kwita. Jak tu na przykład:
(link pod obrazkiem)
Jakby ktoś chciał sobie podkręcić atmosferę inwigilacji, armagedonu, cenzury i ogólnej schizy, to polecam V jak Vendetta przed paciorkiem na wieczór.
Poza tym to w poniedziałek popełniłam grzech ciężki, do którego się dotąd nie przyznałam. Ordynarnie obżarłam się pizzą. I mię oczywiście pokarało i to zanim zdążyłam choćby spróbować, bo mi się miłość mego życia, przesłodkie cudowne dziewczę czteroletnie, (zwyczajowo z resztą...) wpakowało na linię ja-otwarty piekarnik. A ratując dziecię (i obiad, nie ukrywajmy) wsadziłam łapę w otchłań piekielną celując dokładnie w sufit piekarnika. Skutkiem tego mam teraz przypominajkę: nie żryj pizzy, trzym się diety i proszę mi się tu nie wygłupiać z jakimiś mrozami, bo ja rękawiczki bez palców to jeszcze znajdę, ale takich z samymi tylko palcami to niestety nie mam.
Jeszcze anegdotka from da ofis. Wiadomość nagrana na automatyczną sekretarkę: Zdzisiek, Zdzisieeek! Tu trza chyba dzwonić w tych godzinach, co podajom, bo tak to nikt nie odbiera!
Kurtyna. No to jeszcze tylko szybkie golenie głowy i już mnie nie ma.
środa, 25 stycznia 2012
Wszędzie tego już pełno i bym se mogła odpuścić komentarz, ale oczywiście se nie odpuszczę.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
piątek, 20 stycznia 2012
Mój ból głowy bardzo nie lubi piwa. A ja natomiast bardzo lubię i to jest bardzo miły zbieg okoliczności. Bardzo miły.
czwartek, 19 stycznia 2012
Jakiś grzech śmiertelny musiałam popełnić, że mię bogowie pokarali stałym bólem głowy, pigułoodpornym w dodatku. Chętnie oddam choć połowę w dobre ręce.
Oddam też śnieg i błocko, na którym ślizgam się wędrując po mieście. W zamian przyjmę tonę cierpliwości oraz odporność węchową na współpasażerów w środkach komunikacji, bo - psze państwa - cebulkę i czosnek to się w domu je, jeśli problemy z trawieniem występują. O panu, co denaturatem się rozgrzewa już nie wspomnę nawet, bo jak zima nie odpuści, to przestanie on raczej rychło ze mną podróżować.
Jest kiepsko. A w dodatku Johnny Depp ponoć rzuca Vanessę, a ja już zamężna. Cóż za niefart czasowy. Zupełny brak synchronizacji.
środa, 18 stycznia 2012
Głowa boli w ciągu dalszym. Albo coś lata w powietrzu i powoduje takie skutki uboczne, albo umieram na raka mózgu.
Jest dziś środa a nie piątek i to też mnie boli, zwłaszcza w plecy. Poza tym widzę, że jak ktoś już poczytywał, to się wyeksploatował zupełnie na wpisie o kawie i teraz już się nie będzie odzywał. A szkoda, bo przywykłam. Mówi się trudno i płynie się dalej. (Albo niepicie kawy nie jest trendy. Hm.)
Miałam też powiedzieć, że jak JESZCZE JEDEN RAZ zobaczę zagłosuj na blog roku, zagłosuj na blog roku,zagłosuj na blog roku,zagłosuj na blog roku,zagłosuj na blog roku,zagłosuj na blog roku,zagłosuj na blog roku,zagłosuj na blog roku,to uświnię biurko wczorajszym śniadaniem, ale coś mi serce zmiękło i powiem coś przeciwnie wręcz: Proszę dopomóc: cena dopomagania: Złotadwajściaczy, treść esemesa: (be zero zero zero szeisiąt cztery) na numer: 7122 wspomaganie dla: Kruszyny niejakiej. Należy się babce, bo ma jaja i jej się należy i jeszcze jest o tak [] blisko. I do tego ona grozi ludziom, więc może lepiej głosować, tak dla bezpieczeństwa. Aaa. Bogacze przebywający za granicą mogą się nie fatygować.
Idę szukać licznika, który będzie pokazywał moją twardość w kawodwyku. Howgh.
P.S. Napisałam do szanownych państwa z wydawnictwa dwa posty w dół. Ale ptaszki wyćwierkały, że ktoś już do nich pisał i mają w nosie, więc się nie spodziewam renty do końca życia.
wtorek, 17 stycznia 2012
Jest cudnie. Ktoś ma ochotę pożegnać się z życiem, to zapraszam do siebie, służę pomocą. Taki mam jakiś nastrój radosny.
Młoda postanowiła powitać pierwszy śnieg wielkim gilem i nosi teraz takie nawet dwa, po jednym na dziurę od nosa. Resztę puszcza gardłem, żeby też mieć okazję pokaszleć, a do tego podgrzewa się do temperatury pustyni Lut w Iranie, czym przyprawia mię o bezsenność, bo się obawiam, że mózg jej się smaży.
A co za powyższym idzie, w pracy prezentuję lekkość umysłu stegozaura i głównie zajęta jestem udawaniem, że jestem zajęta. Zrządzeniem losu i od tego dziś dostałam dyspensę, bo w całym budynku wyłączyli prund i po raz kolejny się okazało, jakie to z nas kaleki na baterie. Cały świat przestał działać. Cały świat, czyli światło, komputer, telefon, domofon, czajnik. Z tej okazji poszłam se na spacer po okolicy i np. napotkałam panią, dzięki której se w końcu zamówię ten lakier do paznokci z ejwonu, co to go tak lubię. To tyle z pozytywów. Tyle, bo prund już jest z powrotem (jakby ktoś nie zauważył) i trzeba znów zacząć prezentację pracownika wzorowego, cholernie zajętego. To aktorstwo mnie kiedyś wykończy. Tym bardziej, że nawet jeśli mi to idzie jakoś tam w miarę, to jednak papierzyskom znacznie gorzej i już coś widzę, że szczerzą na mnie swoje celulozowe zęby. Ratunku.
P.S. I ja już śniegu mam dość. Spadł, poleżał, teraz won. Albo proszę mnie przekwaterować do Hiszpanii.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Kiedyś kiedyś dawno coś wspominałam o pewnej diabelskiej kolekcji. Otóż. Pewnego pięknego dnia roku pańskiego dwa tysiące dziesiątego, zupełnie szczęśliwa i beztroska rodzina przypadkiem wlazła do sklepu. Wówczas to beztroski czas dobiegł końca i przez wiele, wiele dni miał nie powrócić do stanu normalności. Młody, ciekawy świata Szczypiorek, dojrzał na wystawie przedmiot marzeń dziecięcych niespełnionych, Mamuta Mańka. Mamut Maniek wyglądał z grubsza o tak:
Mamut Maniek, pomimo mrocznego spojrzenia, nie zapowiadał totalnej katastrofy, jaka jednak miała nastąpić. W momencie zaadoptowania Mańka (za jedyne 8 zeta z groszami) podpisaliśmy cyrograf z samym Belzebubem. Czekało nas wiele miesięcy ciężkich kosztów.
Jak to zwykle z takimi kolekcjami bywa, tylko pierwszy numer miał tą okazyjną, wspaniale niską cenę. Nie pocieszał nas wcale fakt, że oprócz nowej, wspaniałej figurki z elitarnej kolekcji Epoki Lodowcowej, kupujemy też gazetki z komiksem, rebusem i njusem oraz, że mamy niepowtarzalną okazję zamówić ustrojstwo w prenumeracie i stać się właścicielami limitowanych gadżetów specjalnych.
Trudno. Powiedziało się A, trzeba wyartykułować także B. Zbieraliśmy więc te cholerne figurki cierpliwie. Młody co drugą środę, z Bolesławem Chrobrym w dłoni, czekał przyklejony do szyby, aż Pan Kioskowy otworzy swój przybytek. Funkcjonowaliśmy nie od poniedziałku do piątku, tylko od figurki do figurki.
Gdy z lekką łezką w oku Młody szedł po ostatni numer kolekcji, ciężko w ogóle wyobrazić sobie jego radość po zakupie. Okazało się, że pierwsza seria dobiegła końca, ale będzie druga! Młody podskakiwał z radości do wieczora, my ukradkiem roniliśmy łzy. Zbieraliśmy. I zbieraliśmy. I zbieraliśmy. Aż pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, Młody przybył, kontent, z zakupem, a tam niespodzianka. No cóż. Był początek, musiał nastąpić koniec. Wydawnictwo grzecznie zastrzegło, że ma prawo zarówno do wydłużenia jak i do skrócenia kolekcji. Z których to praw z resztą skorzystali. Tylko wiecie Państwo co? Trochę, odrobinkę, minimum klasy by wypadało mieć jednak. no MINIMUM. Bo kolekcja wygląda tak. Przód: Tył:
Zbliżenie:
I to jest właśnie kompletna kolekcja. 43 figurki. 43 i dziura na końcu. W ostatnim numerze dali zwierzątko spoza podstawowego planu, napisali: cześć, pa i sprawa załatwiona. I teraz Młody co spojrzy na kolekcję, to targany jest ambiwalentnymi uczuciami. Z jednej strony duma go rozpiera, bo zebrał całość, wszystko, więcej nie będzie. A z drugiej strony patrzy na to, co miało być, na co czekał, potem na dziurę, która została i rozkłada ręce. Zostały mu nalepki, których nie przyklei do właściwych stworzonek i wielki niesmak. (A naklejki pogniotły nam się tylko TROCHĘ)
Wystarczyłoby minimum wysiłku ze strony szacownego wydawnictwa i wyglądałoby to zupełnie inaczej. Skończyć 3 figurki temu albo jedną później. Byłby komplet. A tak Młody się krzywi, ja się irytuję patrząc w co zainwestowałam prawie osiem stów i ogólnie zdegustowanie wielkie. Bo głupio to wygląda bez jednego elementu, bo Mama Dino nie ma oka i bo nie będzie dialogów w stylu: Czy Pisklę Kondora położyć obok Gastronisa? Ależ ten Archeopteryks ma piękne ubarwienie! I nie wiem, czy to tylko taki pechowy przypadek, czy ki diabeł, ale na pewno nie zamierzam więcej dać się tak związać obowiązkowym prawie-że haraczem na rzecz bandy oszukańców, którzy mają w nosie uczucia biednych pięcio - sześcio - i siedmioletnich fanów ukochanych bajek. Hartbrołken.
piątek, 13 stycznia 2012
.. że jest piątek trzynastego?
Czuję jakąś presję. Powinnam oczekiwać katastrofy, albo przynajmniej doniczki na głowie. Bo przecież jest pechowy dzień. Ale mówiąc szczerze, lata mi to. Mam na dziś większe problemy niż wiara w pecha. Zdaję sobie sprawę, że ludzkość potrzebuje takich dni, żeby na coś zwalić to, że im w życiu nie wychodzi, ale dziś wyjątkowo proszę mnie do tego nie mieszać.
Dziś też nie wypiłam kawy. Jesteście dumni? Jeszcze się trochę pomęczę. Chyba.
Z ciekawostek powiązanych z kawodwykiem: Nabyłam w celach konsumpcyjnych "Paprykarz warzywny Sante bez glutaminianu sodu". Brzmi egzotycznie?
Przypomniały mi się czasy, kiedy Młody był jeszcze różowym zawiniątkiem i miał TAKIE KOLKI, że wszyscy sąsiedzi do 4 pięter wzwyż rychło zaczęli regularne, popołudniowo - wieczorne, długie spacery. Wszystko, byle być poza domem i nie słuchać wrzasków. Wonczas to właśnie, szukając intensywnie sposobów na przetrwanie bez ogłuchnięcia, zaczęłam żywić się papkami dla dzieci ze słoika, wychodząc z założenia, że może to przestanie aktywować naszą syrenkę.
Skąd ta dygresja? A stąd, że ów paprykarz warzywny sante bez glutaminianu sodu smakuje dokładnie jak te papki ze słoika dla niemowląt. Ino trochę jakby był kapkę posolony.
Podejrzewam, że tryb produkcji jest trzyetapowy: najpierw pakują to to w słoiczki dla dzieci (Warzywka z ryżem, danie po 6 miesiącu), potem solą i pakują w opakowania z paprykarzem sante bez glutaminianu, a potem dodają ten glutaminian i pakują w pudełka dla reszty społeczeństwa i ta faza końcowa być może jest nawet jadalna.
No to jak już tak o jedzeniu, to zmykam do domu na obiad, bo pewnie coś fascynującego tam na mnie czeka, w stylu ryby duszonej na parze z brokułami.
No to obrazeczek jeszcze i już mnie nie ma. Buzi.
|